„Dzieci nie powinny się bawić z martwymi stworzeniami

Toczące pianę wrony

Przedarcie na ich skrzydłach

Smutne oczy płaczą szkarłatną krwią”


13 kwietnia 2013


Ślepy strach szuka wyjścia. Chce się przedrzeć przez moją cieniutką powłokę. Pragnie wyjść na zewnątrz. Chce otworzyć rany. Pragnie krwawić obficie. Czy jestem w stanie się przeciwstawić?

Czy chcę?

30 marca 2013


Wysysam z ludzi mrok. CIERPIENIE

27 marca 2013


 Spadłem w otchłań. Nie mam pojęcia jak to się stało. Przecież byłaś już tak blisko. Twe ciepłe oczy, ale uśmiech jakże zimny były na wyciągnięcie dłoni. A teraz co? Mam tu tkwić, aż znowu nie wyciągną mnie anioły? Już po mnie nie przyjdą. Znają moją śpiewkę. Wiedzą, że wszystko ze mnie upłynęło. Ale ja nie poddam się tak łatwo. Nie ucieknę. Nie zapędzą mnie do kąta jak wystraszonego kota. Jestem silny. Sprawię, że będą bać się mnie jeszcze bardziej. Ten dzień nadejdzie! Nie muszą czekać długo. Oczekiwane zbawienie jest już blisko. A ja ich obserwuję. Patrzę na ich cienkie duszyczki. Zapominają o swoim celu. To niedorzeczne, irytujące. Cel istnienia dla tych istot jest nieznany, ale to tylko i wyłącznie ich wina. Nie potrafią się odnaleźć. Chcą szukać siebie nawet, jeśli w ogóle się nie rozsypali. Robią wszystko na siłę. Nie potrafią wyczuć piękna. A przecież mają je na wyciągnięcie ręki. Dlaczego więc są tacy nieuważni? Moje kwiaty już dawno zwiędły, ale ich zapach pozostanie tutaj jeszcze przez długi okres czasu. Nie szukaj cierpienia tam gdzie go nie ma. Motyle znają słodkie słowa nieba.

19 marca 2013


Proszę cię zaśnij. Przestań ryczeć. Nie mogę już dłużej znieść tego cholernego bełkotu. Wbijasz we mnie swoje pazury, a ja nie mogę nic zrobić. Nie mogę się poruszyć, a nawet spojrzeć w innym kierunku. To okropne.  To cudowne! Pierwszy raz czuję się tak dobrze! Jest wręcz idealnie. Zastygnijmy. Uśnijmy w tym przepięknym bezładzie naszych rąk. Naszych słów. Słów bez harmonii. Słów, których nigdy nieuporządkujemy. Słów, które nie mówią nic, a przecież znaczą tak wiele.
Czym do diabła jest nasze istnienie? Jest czymś wielkim. Czymś przeogromnym. Ale nie pora jeszcze to tłumaczyć. Odnajdziemy wszystko w odpowiednim czasie. Czasie, który da nam ukojenie i spokój, których tak nienawidzimy.
Lubię smak porannej kawy. Jest gorzka. Jest doskonała.

02 marca 2013


               Pustoszy duszę.

27 stycznia 2013


Budzę się. Jest ciemno. W ciemności lepiej się umiera. Lepiej się cierpi. Znacznie lepiej. Przy tej pustce. W niewidzialnym świecie. To taka ucieczka. Ucieczka do nieznanego. Bo w cieniu może ukryć się każdy. W środku jest pusto. Bardzo pusto. Kiedyś tak nie było. Nie wiem skąd się wzięło, ale od pewnego czasu już tak jest. Róże więdną. Nie mają już tego koloru co kiedyś. Straciły swój blask. Swój smak i zapach. Stały się niczym. Tak jak ja. Bądźmy strachem. Strachem pełnym nienawiści, cierpienia i łez. Co on czuje? Czuje strach. Strach przed odrzuceniem. Bo ludzie nie chcą się bać. Nie chcą by strach do nich przyszedł. Tak więc strach odczuwa strach. Strach przed samotnością.
Przenoszę wzrok w prawo. Nie ma Cię. Miejsce, w którym leżałaś jest pokryte zaschniętą krwią. To z niedawnej rany, która pewnie Ci się otworzyła, gdy upadałaś. Podnoszę się. Drzwi na taras są otwarte. Podążam w ich stronę. Widzę Cię. Siedzisz na samym brzegu, w miejscu gdzie balustrada jest wyłamana. Nie machasz nogami w powietrzu jak kiedyś. Jesteś przerażona, śmiertelnie przerażona. Odczuwasz strach przed moją duszą. Kiedyś nie bałaś się niczego. Teraz upadłaś. Leżysz na samym dnie. I nieprędko się z niego podniesiesz. Nie licz na mnie. Nie pomogę Ci wstać.
Podchodzę do Ciebie i kucam obok. Nie przenosisz wzroku na mnie, nadal głucho wpatrujesz się w przestrzeń przed sobą. Przyglądam Ci się z zainteresowaniem. Bawisz mnie. Nigdy nie spotkałem kogoś równie zabawnego. Twój ból i strach są naprawdę rozrywkowe. Mój język powoli wędruje po Twoim policzku. Cudownie. Jesteś pomiędzy gorzkim a słodkim. Już czas.
 


26 stycznia 2013


„Pomiędzy mną a mną
jest przepaść
lepiej nie patrz
w nią,
bo to co kryje się
co żyje na dnie mnie
(...)
Uciekaj.”

25 stycznia 2013


Odnajdujesz mnie. Siedzę skulony w kącie. Trzęsę się. Cały dygocę. Spoglądam w Twoją stronę, wyglądam jakbym zaraz miał się na ciebie rzucić i rozszarpać Ci gardło. Najpierw po kawałku odrywać skórę, wprawić w ruch paznokcie, ciąć, wbić w Ciebie swoje szpony a następnie ostrymi zębami o odcieniu perłowej bieli odgryźć Ci krtań. Moimi pięknymi nieskazitelnie czystymi kłami. Są naprawdę cudowne. Następnie z wielką chęcią zatańczyłbym walca z Twoimi zwłokami. Po całym pokoju, aż Twoja krew stałaby się powodem istnienia tego miejsca. Ciebie i mnie. Nas. Tak pięknych nowych nas.
Jednak nic takiego się nie dzieje. Patrzysz na mnie swoimi matowymi czarnymi oczami pełnymi strachu. Patrzysz z politowaniem. Otwierasz usta. Chcesz mówić. Nie masz pojęcia, co masz powiedzieć. Zastanawiasz się jak poszczególne wyrazy ułożyć w zdania. Idzie Ci to dość wolno. Słychać krzyk. Ani drgniesz. To mój krzyk. Wrzeszczę jak opętany. Nie stajesz jak wryta tak jak zrobiłby to ktoś z ludzkiej rasy. Nie jesteś taka. Nie boisz się. Nigdy w swoim istnieniu się nie bałaś. Jesteś narzędziem. Sama siebie wykorzystujesz. Już wiesz. Nie prawda. Nie masz o niczym pojęcia. Dlatego.
- Jesteś potworem – Twierdzisz, mówisz ledwo co dosłyszalnym szeptem.
- Jestem potworem – Przestaję krzyczeć. Spoglądam na swoje dłonie z kpiącym uśmiechem i oczami przepełnionymi niezrozumieniem, pustką i nienawiścią. Nienawiścią do siebie samego. Nienawidzę się. – Jestem potworem! Potworem, potworem, potworem, potworem, potworem! Bój się mnie! – Opadam ciężko na plecy. Mój śmiech roznosi się po całym pomieszczeniu. Jest to śmiech, który opowiada. Opowiada historię o dziecku. O bachorze, który nie chciał pustki istnienia. Znudziło go to, więc postanowił, że… Że? Sam już nie pamięta. A może nie chce pamiętać? Jest mu dobrze tak jak jest teraz. Nie chce tego zmieniać. Lubi obserwować. Patrzeć nienawiścią.
- Nie.
-Nie? – Wstaję. Jestem wściekły. Jestem podekscytowany. Jestem zaciekawiony. Ktoś mnie zaakceptował. Nie boi się mnie. Jest gotów mnie zobaczyć. Jestem gotów pokazać mu, a właściwie jej najpiękniejszy ból, najcudowniejsze cierpienie. Coś, do czego tylko ja mam dostęp. Coś, co tylko ja prawo mam zobaczyć. Ze złości tłukę okno, które spogląda do drugiego pokoju. Moja twarz nabiera obrazu. Obrazu, którym tematem przewodnim jest ciemność. Obrazu, na którym przewagę ma barwa czarna. Wściekłość.
Podchodzę do niej. Nadal wygląda na opanowaną. Nie, nie tylko wygląda. Ona jest w pełni opanowania. Jest obojętna. Obojętna swojemu istnieniu. To złe.
-Czyż nie ma nic gorszego niż obojętność własnej istoty? – Zadaję jej pytanie. – Nie odpowiadaj. Odpowiedź na to pytanie mogłaby Cię sporo kosztować. Chociaż to już pewnie nie ma dla Ciebie znaczenia. – Dotykam jej policzka. Gładzę go swoją dłonią. Jest zdziwiona. Nasze oczy spotykają się. Muskam jej usta lekko swoimi. Przestaję, moja ręka spoczywa nadal na jej słodkiej buźce. Ale już nie głaszczę jej czule. Już nie zachęcam swoją czułością. – Masz piękny kark. Taki delikatny. –Mówię, po czym dłonią, którą wcześniej pieściłem jej śnieżnobiałą lekką cerę, właśnie tą dłonią, która udawała niewinną odpycham ją z całą siłą jak najdalej od siebie. Upada na plecy. Rozlega się głośny trzask. Nic poważnego. Lampa za mną leży na podłodze. Biedna, nie wytrzymała tego napięcia. A mogła mi jeszcze posłużyć. Nie, mi nikt nie służy. Polegam tylko i wyłącznie na sobie samym.
Leżysz na tych spróchniałych, gnijących deskach. Na tej kupie złomu. Cały ten dom jest już o wiele za stary jak na nas oboje. Lecz bez obaw, nasze radio jeszcze gra. Wyglądasz tak niewinnie. Moje malutkie niewiniątko. Biedna. Czyżby było mi Cię żal? Nie. Nie sądzę. Dobrze, może troszeczkę. W końcu jestem potworem.
Teraz, gdy minęło kilka kojących nut ciszy podchodzę. Stoję nad Tobą. Patrzę z troską w oczach i zastanawiam się czy dasz radę. Czy zechcesz wytrzymać ze mną swoje istnienie. Pewnie nie będziesz miała nic przeciwko, przecież nic dla siebie nie znaczysz. Chcę szepnąć Ci do ucha. Zdaję sobie sprawę z tego że nie mam siły nawet stać. Zrezygnowany siadam, opieram się o ścianę i zasypiam. Od teraz będę Cię chronić. Ochronię Cię przed światem.

18 stycznia 2013


 Nie biegniesz już. Nie szukasz wyjścia. Nie uciekasz. Nie chcesz uciekać. Nie patrzysz do lustra. Wiesz, że Twoje odbicie dawno już wyblakło. Więc pomyśl. Kim właściwie jesteś? Po co istniejesz? Ale z każdą sekundą uświadamiasz sobie, że żyjesz tylko we własnej wyobraźni. Nie potrafisz się uśmiechać. Nie wiesz, co to uśmiech. Nie wiesz, co to szczęście, nie wiesz, co to nienawiść. A jednak nienawidzisz ludzi. Jeszcze tego nie wiesz, ale ich nienawidzisz. Zastanawiasz się jak to wszystko się zaczęło. Ale tego nikt nie wie. Nawet ja. Chociaż obserwuję Cię od dłuższego czasu, to nie wiem o Tobie zupełnie nic.
A teraz zapłacz.

17 stycznia 2013


 Zapalam świecę. Płomień mnie oślepia. Mrużę oczy. Nie ma Cię. Jesteś gdzieś daleko. Boli Cię. Boli Cię moja obecność tutaj. Nie powinno mnie tu być, ale wiesz, że nie odejdę. Nie dam Ci istnieć w spokoju, tak jak Ty nie pozwalałaś mi żyć w samotności.

01 stycznia 2013


 Boję się ludzi.

14 grudnia 2012


 A tak z innej bajki to bądźmy więcej, proszę. Tak bardzo proszę. Kocham. 
 Zamykam się w pokoju. Nie ma mnie. Znikam. Ona wie, że odszedłem. Nie będzie mnie szukać. Nie musi. Wie gdzie jestem. Odkładam nóż. Nie jest mi teraz potrzebny. Ręka boli wystarczająco. Ból. Właściwie to tylko wyraz. Nie odczuwam bólu. Nie ma go we mnie. Zniknął. Tak jak ja. Nie ma mnie. Bo przecież od dawna już nie istnieję.

26 listopada 2012


 Otwieram oczy. Wystarczy.

25 listopada 2012


 Tacy pełni nienawiści. Roskosz w oczach. Zostałem tylko ja. I ona. Patrzy na mnie swoimi pustymi ślepiami. Nie przekręca głowy na bok jak dawniej. Wie, że tego nie lubię. Nie toleruję. Jej opowieści słuchałem nie raz. Nie przekażę jej nikomu innemu. Pozostanie w pustce. Stanie się pustką. Pusta nadejdzie. Jest już blisko. Jest wszędzie.

18 listopada 2012


Ludzie przychodzą, a potem odchodzą. Znikają w jednej chwili. Bach. Nie ma ich.
 Tak bardzo ich nienawidzę.

0.0.0000


Popatrz do lustra. Kogo widzisz? Siebie? Czy może zupełnie obcego człowieka? Ta druga opcja jest Ci bliższa. Nie wiesz, kim jesteś. Budzisz się. Chcesz biec. Uciekasz. Nie. Stop. Już dawno uciekłeś. I nie wiesz, kiedy wrócisz. Mija sekunda. Nigdy już nie wracasz. Uwięziłeś siebie. Uwięziłeś swoją duszę. Jej już nie ma. Nigdy jej nie było. Zdyszany przystajesz. Cały czas stałeś. Nie biegłeś. Nie każda ucieczka polega na biegu. Nieważne. Musisz uciekać dalej. Oni Cię gonią. Ty gonisz siebie. I w tej grze nie ma odpoczynku.
Nie mów nic. Zamknij oczy. Odpłyń. Wsłuchaj się w ciszę. Zapomnij o wszystkim. Wszystkim i wszystkich. O całym świecie.
 Ale o niektórych sprawach nie da się tak po prostu zapomnieć. Każdy to wie. Nie da się na pstryknięcie palców zmienić biegu myśli. Myśli o kimś lub o czymś, co utkwiło w naszym umyśle i nieprędko z niego odejdzie. 
 Bo wszystko wiruje, mknie do przodu, a my czasem za tym nie nadążamy. Zostajemy z tyłu. Daleko. Bardzo daleko. I czasem już nie dobiegamy do przodu. Zostajemy na końcu. Sami. Bez żadnej przyjaznej duszy, z którą moglibyśmy splątać myśli. Ale czasem wybiegamy naprzód. Ale nie samotnie. Z czyjąś pomocą. Z kimś, kto nada naszemu istnieniu jakieś nowe barwy. Nie szare czy czarne, ale kolorowe. Kolorowe jak tęcza. Tęcza, która wychodzi po deszczu przy blasku słońca.
 Bo gdy na długo jesteśmy sami, później nie potrafimy się odnaleźć wśród dusz, które kiedyś były nam bliskie. Stają nam się obce. Nieosiągalne. Przestajemy ufać ludziom. Brak nam wiary w siebie. Jesteśmy nieszczęśliwi, ale samotność przynosi nam ulgę. To coś gdzie umiemy się odnaleźć. Czujemy się wtedy bezpieczni. Bezpieczni, pozostawieni samym sobie.
 Samotność dopada nas czasem niespodziewanie bez żadnego konkretnego powodu. Potrzebujemy po prostu na chwilę odizolować się od ludzi i to zostaje. Innym razem dzieje się to ze straty kogoś lub czegoś, na czym nam naprawdę zależało. Czegoś, co było dla nas niepowtarzalne. Jedyne. Może się tak też stać z tego powodu braku umiejętności odnalezienia się wśród ludzi. Jakby byli jakimiś zupełnie obcymi istotami. Strach przed nimi może być duży. Większy nawet niż niejeden wszechświat. Zajmie nam całe ciało i opęta. I nie będziemy widzieć nic poza nim. Będzie liczył się tylko on. Wyniszczy nas. Tylko nas, bo dookoła nie będzie nikogo. Nikogo, kto mógłby nam pomóc. Taka niekończąca się walka. O wygraną. Bez zwycięzcy. I nikt nie może pomóc. Bo nigdzie nie ma nikogo.
  A jednak są. Są, lecz ich nie zauważasz. Widzisz tylko ten strach, o którym ciągle mowa. Strach przeradza się w ból. Cierpisz, bo się boisz. Boisz się cierpienia.