„Dzieci nie powinny się bawić z martwymi stworzeniami

Toczące pianę wrony

Przedarcie na ich skrzydłach

Smutne oczy płaczą szkarłatną krwią”


25 stycznia 2013


Odnajdujesz mnie. Siedzę skulony w kącie. Trzęsę się. Cały dygocę. Spoglądam w Twoją stronę, wyglądam jakbym zaraz miał się na ciebie rzucić i rozszarpać Ci gardło. Najpierw po kawałku odrywać skórę, wprawić w ruch paznokcie, ciąć, wbić w Ciebie swoje szpony a następnie ostrymi zębami o odcieniu perłowej bieli odgryźć Ci krtań. Moimi pięknymi nieskazitelnie czystymi kłami. Są naprawdę cudowne. Następnie z wielką chęcią zatańczyłbym walca z Twoimi zwłokami. Po całym pokoju, aż Twoja krew stałaby się powodem istnienia tego miejsca. Ciebie i mnie. Nas. Tak pięknych nowych nas.
Jednak nic takiego się nie dzieje. Patrzysz na mnie swoimi matowymi czarnymi oczami pełnymi strachu. Patrzysz z politowaniem. Otwierasz usta. Chcesz mówić. Nie masz pojęcia, co masz powiedzieć. Zastanawiasz się jak poszczególne wyrazy ułożyć w zdania. Idzie Ci to dość wolno. Słychać krzyk. Ani drgniesz. To mój krzyk. Wrzeszczę jak opętany. Nie stajesz jak wryta tak jak zrobiłby to ktoś z ludzkiej rasy. Nie jesteś taka. Nie boisz się. Nigdy w swoim istnieniu się nie bałaś. Jesteś narzędziem. Sama siebie wykorzystujesz. Już wiesz. Nie prawda. Nie masz o niczym pojęcia. Dlatego.
- Jesteś potworem – Twierdzisz, mówisz ledwo co dosłyszalnym szeptem.
- Jestem potworem – Przestaję krzyczeć. Spoglądam na swoje dłonie z kpiącym uśmiechem i oczami przepełnionymi niezrozumieniem, pustką i nienawiścią. Nienawiścią do siebie samego. Nienawidzę się. – Jestem potworem! Potworem, potworem, potworem, potworem, potworem! Bój się mnie! – Opadam ciężko na plecy. Mój śmiech roznosi się po całym pomieszczeniu. Jest to śmiech, który opowiada. Opowiada historię o dziecku. O bachorze, który nie chciał pustki istnienia. Znudziło go to, więc postanowił, że… Że? Sam już nie pamięta. A może nie chce pamiętać? Jest mu dobrze tak jak jest teraz. Nie chce tego zmieniać. Lubi obserwować. Patrzeć nienawiścią.
- Nie.
-Nie? – Wstaję. Jestem wściekły. Jestem podekscytowany. Jestem zaciekawiony. Ktoś mnie zaakceptował. Nie boi się mnie. Jest gotów mnie zobaczyć. Jestem gotów pokazać mu, a właściwie jej najpiękniejszy ból, najcudowniejsze cierpienie. Coś, do czego tylko ja mam dostęp. Coś, co tylko ja prawo mam zobaczyć. Ze złości tłukę okno, które spogląda do drugiego pokoju. Moja twarz nabiera obrazu. Obrazu, którym tematem przewodnim jest ciemność. Obrazu, na którym przewagę ma barwa czarna. Wściekłość.
Podchodzę do niej. Nadal wygląda na opanowaną. Nie, nie tylko wygląda. Ona jest w pełni opanowania. Jest obojętna. Obojętna swojemu istnieniu. To złe.
-Czyż nie ma nic gorszego niż obojętność własnej istoty? – Zadaję jej pytanie. – Nie odpowiadaj. Odpowiedź na to pytanie mogłaby Cię sporo kosztować. Chociaż to już pewnie nie ma dla Ciebie znaczenia. – Dotykam jej policzka. Gładzę go swoją dłonią. Jest zdziwiona. Nasze oczy spotykają się. Muskam jej usta lekko swoimi. Przestaję, moja ręka spoczywa nadal na jej słodkiej buźce. Ale już nie głaszczę jej czule. Już nie zachęcam swoją czułością. – Masz piękny kark. Taki delikatny. –Mówię, po czym dłonią, którą wcześniej pieściłem jej śnieżnobiałą lekką cerę, właśnie tą dłonią, która udawała niewinną odpycham ją z całą siłą jak najdalej od siebie. Upada na plecy. Rozlega się głośny trzask. Nic poważnego. Lampa za mną leży na podłodze. Biedna, nie wytrzymała tego napięcia. A mogła mi jeszcze posłużyć. Nie, mi nikt nie służy. Polegam tylko i wyłącznie na sobie samym.
Leżysz na tych spróchniałych, gnijących deskach. Na tej kupie złomu. Cały ten dom jest już o wiele za stary jak na nas oboje. Lecz bez obaw, nasze radio jeszcze gra. Wyglądasz tak niewinnie. Moje malutkie niewiniątko. Biedna. Czyżby było mi Cię żal? Nie. Nie sądzę. Dobrze, może troszeczkę. W końcu jestem potworem.
Teraz, gdy minęło kilka kojących nut ciszy podchodzę. Stoję nad Tobą. Patrzę z troską w oczach i zastanawiam się czy dasz radę. Czy zechcesz wytrzymać ze mną swoje istnienie. Pewnie nie będziesz miała nic przeciwko, przecież nic dla siebie nie znaczysz. Chcę szepnąć Ci do ucha. Zdaję sobie sprawę z tego że nie mam siły nawet stać. Zrezygnowany siadam, opieram się o ścianę i zasypiam. Od teraz będę Cię chronić. Ochronię Cię przed światem.