Popatrz do
lustra. Kogo widzisz? Siebie? Czy może zupełnie obcego człowieka? Ta druga
opcja jest Ci bliższa. Nie wiesz, kim jesteś. Budzisz się. Chcesz biec.
Uciekasz. Nie. Stop. Już dawno uciekłeś. I nie wiesz, kiedy wrócisz. Mija
sekunda. Nigdy już nie wracasz. Uwięziłeś siebie. Uwięziłeś swoją duszę. Jej
już nie ma. Nigdy jej nie było. Zdyszany przystajesz. Cały czas stałeś. Nie
biegłeś. Nie każda ucieczka polega na biegu. Nieważne. Musisz uciekać dalej.
Oni Cię gonią. Ty gonisz siebie. I w tej grze nie ma odpoczynku.
Nie mów nic. Zamknij oczy. Odpłyń. Wsłuchaj się w ciszę. Zapomnij o
wszystkim. Wszystkim i wszystkich. O całym świecie.
Ale o niektórych sprawach nie da się tak po
prostu zapomnieć. Każdy to wie. Nie da się na pstryknięcie palców zmienić biegu
myśli. Myśli o kimś lub o czymś, co utkwiło w naszym umyśle i nieprędko z niego
odejdzie.
Bo wszystko wiruje, mknie do przodu, a my
czasem za tym nie nadążamy. Zostajemy z tyłu. Daleko. Bardzo daleko. I czasem
już nie dobiegamy do przodu. Zostajemy na końcu. Sami. Bez żadnej przyjaznej
duszy, z którą moglibyśmy splątać myśli. Ale czasem wybiegamy naprzód. Ale nie
samotnie. Z czyjąś pomocą. Z kimś, kto nada naszemu istnieniu jakieś nowe
barwy. Nie szare czy czarne, ale kolorowe. Kolorowe jak tęcza. Tęcza, która
wychodzi po deszczu przy blasku słońca.
Bo gdy na długo jesteśmy sami, później nie
potrafimy się odnaleźć wśród dusz, które kiedyś były nam bliskie. Stają nam się
obce. Nieosiągalne. Przestajemy ufać ludziom. Brak nam wiary w siebie. Jesteśmy
nieszczęśliwi, ale samotność przynosi nam ulgę. To coś gdzie umiemy się
odnaleźć. Czujemy się wtedy bezpieczni. Bezpieczni, pozostawieni samym sobie.
Samotność dopada nas czasem niespodziewanie
bez żadnego konkretnego powodu. Potrzebujemy po prostu na chwilę odizolować się
od ludzi i to zostaje. Innym razem dzieje się to ze straty kogoś lub czegoś, na
czym nam naprawdę zależało. Czegoś, co było dla nas niepowtarzalne. Jedyne.
Może się tak też stać z tego powodu braku umiejętności odnalezienia się wśród
ludzi. Jakby byli jakimiś zupełnie obcymi istotami. Strach przed nimi może być
duży. Większy nawet niż niejeden wszechświat. Zajmie nam całe ciało i opęta. I
nie będziemy widzieć nic poza nim. Będzie liczył się tylko on. Wyniszczy nas.
Tylko nas, bo dookoła nie będzie nikogo. Nikogo, kto mógłby nam pomóc. Taka
niekończąca się walka. O wygraną. Bez zwycięzcy. I nikt nie może pomóc. Bo
nigdzie nie ma nikogo.
A jednak są. Są, lecz ich nie zauważasz.
Widzisz tylko ten strach, o którym ciągle mowa. Strach przeradza się w ból.
Cierpisz, bo się boisz. Boisz się cierpienia.