Budzę się. Jest
ciemno. W ciemności lepiej się umiera. Lepiej się cierpi. Znacznie lepiej. Przy
tej pustce. W niewidzialnym świecie. To taka ucieczka. Ucieczka do nieznanego.
Bo w cieniu może ukryć się każdy. W środku jest pusto. Bardzo pusto. Kiedyś tak
nie było. Nie wiem skąd się wzięło, ale od pewnego czasu już tak jest. Róże
więdną. Nie mają już tego koloru co kiedyś. Straciły swój blask. Swój smak i
zapach. Stały się niczym. Tak jak ja. Bądźmy strachem. Strachem pełnym
nienawiści, cierpienia i łez. Co on czuje? Czuje strach. Strach przed
odrzuceniem. Bo ludzie nie chcą się bać. Nie chcą by strach do nich przyszedł.
Tak więc strach odczuwa strach. Strach przed samotnością.
Przenoszę
wzrok w prawo. Nie ma Cię. Miejsce, w którym leżałaś jest pokryte zaschniętą
krwią. To z niedawnej rany, która pewnie Ci się otworzyła, gdy upadałaś. Podnoszę
się. Drzwi na taras są otwarte. Podążam w ich stronę. Widzę Cię. Siedzisz na
samym brzegu, w miejscu gdzie balustrada jest wyłamana. Nie machasz
nogami w powietrzu jak kiedyś. Jesteś przerażona, śmiertelnie przerażona.
Odczuwasz strach przed moją duszą. Kiedyś nie bałaś się niczego. Teraz upadłaś.
Leżysz na samym dnie. I nieprędko się z niego podniesiesz. Nie licz na mnie.
Nie pomogę Ci wstać.
Podchodzę do
Ciebie i kucam obok. Nie przenosisz wzroku na mnie, nadal głucho wpatrujesz się
w przestrzeń przed sobą. Przyglądam Ci się z zainteresowaniem. Bawisz mnie.
Nigdy nie spotkałem kogoś równie zabawnego. Twój ból i strach są naprawdę rozrywkowe.
Mój język powoli wędruje po Twoim policzku. Cudownie. Jesteś pomiędzy gorzkim a
słodkim. Już czas.